środa, 22 grudnia 2010

Majorka zimą 2010

12 zimowych dni na Majorce.
Kanapa, na kolanach laptop, po mojej lewej Piotrek drzemie w niewygodnej pozycji, po prawej nowy znajomy- jednooki kociak Torsi, też drzemkę zalicza. Z głosników płynie muzyka z Buena Vista Social Club. Słońce już zaszło, piękny to był widok!
Lubię być w podróży, bardzo. Tym razem jednak to dosć bolesna podróż była. Fizycznie i mentalnie - załatwiło mnie przeziebienie lub wirus, w stanie prawie pół agonalnym pokonywałam droge z wyspy na Majorke, zamiast kilku godzin łącznie, zrobiło się prawie 20 godzin.
Poznalismy jednak dwojke pięknych ludzi, starszą parę. Szczególnie oczy mężczyzny wydały mi sie piękne. Starszy człowiek, siwe włosy, broda,zielony swetr, cudowny!
tak, oczy olbrzymie, ciemne i umiechnięte :)
to był dzień pierwszy.

czwartek, 9 grudnia 2010

No i nie poszłam dzis do pracy choć nie planowałam tego.
Za to znalazłam trochę czasu na spokój i wysłuchanie ciekawych słów.
:)

środa, 8 grudnia 2010

bo to w sumie tak, że jak zaczęłam nową robotę bo mi znowu sił i energii zabrakło na inne fajne rzeczy!
jak nie urok to sraczka!

:)

plecak na plecy i gnać!
parę godzin na lotnisku, później w chmurach trochę i w końcu wylądować na innej ziemi, gdzieś daleko stąd, choć na chwilę.
Bardzo mi tego brakuje i już niedło będę w pięknej krainie:))
ulga, ulga!

sobota, 30 października 2010

Luty 1996

Jako 5 osobowa grupa znajomych, licealistów postanowiliśmy wpaść na dzień do Zakopanego. Po kilku godzinach szwędania się po Krupówkach, cukierniach odwiedziliśmy Gubałówkę, tuż przed zachodem słońca, tak by zdążyć zejść z niej pieszo. Było zimno, mroźno i śnieżno. Stroma droga w dół była oblodzona, trzeba było schodzić przy siatce płotu, by nie obić sobie kości ogonowej spadając co chwilę na tyłek. Jola złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą mając ochotę na odrobinę szaleństwa i krzyknęła, by zbiec w dół, tak szybko jak nigdy dotąd.
Nie pamiętam ile setek metrów pokonałyśmy zbiegając po oblodzonej trawie wzniesienia. Dość szybko nasze dłonie się rozłączyły by nogi z ogromną prędkością mogły pokonać kolejne metry szalonego pędu. Od samego początku wiedziałam, że to najgłupszy pomysł tego roku, mimo, że to dopiero był luty. Kiedy skończyła się górka i pod naszymi nogami znalazł się równy teren, nasz bieg wcale nie zmniejszył swej prędkości. Czułam, że nie mogę się zatrzymać, że wciąż jestem rozpędzona, i tak samo wzrastał we mnie strach. Pomimo ogromnej prędkości mój umysł działał bardzo wolno i wyraźnie. Moje myśli były bardzo przejrzyste i rozsądne. Mimo, że ten chory bieg trwał zaledwie kilka minut, prowadziłam wewnątrz bardzo normalny, dialog. To był pierwszy moment, gdy usłyszałam wewnętrzny głos i pamiętam go dobrze. Podpowiedział mi, że aby przeżyć ten głupi wybryk musze zatrzymać się na kolanach bo jeśli wyląduję na głowie, to moja czaszka roztłucze się jak butelka. Przez chwilę wydawało mi się to niemożliwe, bo prędkość wciąż była bardzo niebezpieczna a lód pod nogami się skończył, pozostała trawa, o którą łatwo było zahaczyć czubkiem butów i wylądować na głowie. I kiedy tak przez ułamek sekundy zwątpiłam w powodzenie bezpiecznego lądowania na kolanach nagle przestałam pędzić, szybkość zmalała a ja zatrzymałam się na kolanach, rozdarłam spodnie, nabiłam dwie głębokie śliwy, które czasem czuje do dziś.
Posłuchałam głosu. Przeżyłam.

niedziela, 24 października 2010




Oczy oczy oczy!!!


Nie mogę!! Kiedy widze piękne oczy padam na twarz!!!!

Są zwierciadłem naszej duszy, mówią o nas wiele. Mówią nam dużo o tym, do kogo należą.

Zawsze na widok pięknych oczu obijam szczękę o ziemię. Boli przez chwilę, potem ją podnoszę i zamykam, żeby mi ślinka nie kapła na podłogę i udaję, że wszystko jest w porządku. Często odwracam wzrok, bo pewna jestem, że widać moje zafascynowanie oczami albo zaczynam udawać, ze nie widzę tych oczysk.

Cały czas pracuję nad tym, by panować nad sobą w takich sytuacjach ale nie zawsze, cholera, się da!!!

Oczy oczy oczy!!!!!

Nie mogę!!!!

Kocham piękne oczy!!!!

czwartek, 7 października 2010

po latach pięciu

pół dekady temu przyjechałam na wyspę. Przypłynęlam promem.
nieźle, nieźle!!
sporo sie działo!! działo się dookoła mnie i we mnie!!
cudowne czasy!!
bolało zajebicie nie raz
wiało i padało milion razy
i wciąż tu jestem.

niedziela, 26 września 2010

Niezwykłości codzienności


Czasem wpadam na artykuły w prasie, zdjęcia i filmy w internecie, które okazują się czymś zbawiennym w danej chwili.
Niedawno przeczytałam artykuł o pewnych spotkaniach pogłębiających dla duszy. Sprawdziłam w necie i bez namysłu (nie BEZMYŚLNIE)zapisałam się na warsztaty, o których nic nie wiedziałam oprócz tego co napisali w informacji zapraszającej. Zabukowałam bilety do Polski i poleciałam.
Przez 3 dni pobytu tam uśmiech nie schodził mi z twarzy. Energia którą czułam przez cały pobyt była czymś zupełnie nowym, nigdy wcześniej nie posiadałam takich odczuć, wrażeń i doznań.
Otwarłam się na to co fizycznie nieznane, intuicyjnie jednak obecne wciąż obok mnie.
Jest trochę łatwiej zrozumieć, przyjąć i cieszyć się codziennością. Serio.
Niezwykłe to jest.
Życie jest niezwykłe.
I wiara też.

czwartek, 23 września 2010

sprawdzian z religii

kiedyś, dawno temu, jakoś w siódmej klasie podstawówki ks. Zbyszek (tak chyba miał na imię) zrobił nam trochę nieoczekiwany sprawdzian.
Jedno z pytań brzmiało: DLACZEGO CZŁOWIEK JEST ISTOTĄ RODZINNA?
Miałam z księdzem dobre układy, bo należałam do grupy muzycznej i jakoś chwilę wcześniej byliśmy razem na konkursie piosenki religijnej Śremsong (!!!) dlatego nie obawiałam się o złą ocenę, bo zawsze nadrabiałam aktywnością pozalekcyjną (czytaj wystepy muzyczne).
Jednak kiedy oddał sprawdziany i zobaczyłam 3+ byłam z lekka zbita z tropu, dlaczego poszło mi tak słabo??????????????????????????????????????????????????????????????????
Kiedy oddał mi kartkę z moimi odpowiedziami zaskoczyło mnie podkreślone na czerwono zapisane przeze mnie podwójnie zdanie: DLACZEGO CZŁOWIEK JEST ISTOTĄ ROŚLINNĄ?
i początek odpowiedzi: "CZŁOWIEK JEST ISTOTĄ ROŚLINNĄ GDYŻ..."
Zupełnie od czapy!!! Bezmyślnie tak napisałam 2 razy!! (wtedy jeszcze się nie buntowałam, a juz szczególnie nie na religii...o co mógł mnie ksiądz podejrzewać)

Piszę o tym, bo mi się przypomniało podczas mycia naczyń

A po tej akcji ze sprawdzianem takich pomyłek było jeszcze dużo. Oj tak.

wtorek, 14 września 2010

przytulactwo

Ogrom usciskow, glebokich i cieplych, trwajacych dosc dlugo, dluzej niz zawsze.
Patrzenie w oczy bez obaw podczas rozmowy osobistej
to lubie.
bez strachu jak zawsze!

środa, 25 sierpnia 2010

Przytulać

Uścisk,
taki przytulaniec, prawdziwy, całym ciałem to tylko raz doświadczyłam.
Przyjacielski, ciepły i pełen wzruszającej energii.
To mistrzostwo było.
Nauczę się też tak przytulać.
Najpierw popraktykuję.

To idę ćwiczyć.

Wieści z Lasu

Mały lisek zadarł ryjek, gdy siedziałyśmy na ambonie i spokojnie rozmawiałyśmy z Agą. Patrzył na nas bezczelnie z dołu. Szmer krzaków, które poruszał zakradając się do nas pobudził naszą wyobraźnię.
Nie bał się :))))
Nawet, gdy schodziłyśmy po drabinie w dół on stał i patrzył, nawet psykanie nie odstraszyło chytruska.
Zrobiło się strasznie ciemno, nagle szarośc wieczoru w mgnieniu oka zmieniła się w czerń nocy, tylko księżyc z boku przyświecał drogę. Czułam cały czas obecność liska, choć nie słyszałam jego kroków.
Indianie wierzą, że pojawienie się konkretnych zwierząt na naszej drodze ma znaczenie. Lis symbolizuje magię, kamuflaż, zmienność, chytrość.
I jakby na to nie patrzeć, coś w tym jest...

środa, 18 sierpnia 2010

Krótka piosenka o

Pamiętam tą piosenkę jako zapowiedź zbliżającego sie festiwalu muzyki rockowej w Jarocinie w 1994, uwielbiałam na nią czekać w przerwie na reklamę :) śpiewał Piasek z mało znaną wtedy jeszcze Mafią

Krótka piosenka o miłości
Może już tak gdzieś było, że może nas porwał wiatr
może już sił i sił może nam brak
wiesz tu tak dziwnie zostać, dziwnie trwać

już nawet mur, on dość ma tych spraw
już dość ognia walk, więc proszę
ja proszę dziś tak:
daj jeszcze jeden świat i daj nam miłość której brak

uśpij we mnie wroga, pokrusz we mnie tej najtwardszy głaz
uśpij we mnie wroga, nie powstanie więcej dzielić nas

może już tak gdzieś było, że może nas porwał wiatr
i może sił i sił może nam brak
lecz w nas, potęga jeszcze drzemie w nas
i tak potęga jeszcze ciągle w nas

piątek, 13 sierpnia 2010

Tymczasem na zamku … nuda

Seniora nie była zdecydowana, czy pochwalić moją pracę, chyba wytwarzały się między nami pewne nie widoczne gołym okiem iskry. Powietrze było gęste. Kilka razy pokazałam po kryjomu środkowy palec, choć już po chwili mówiłam do siebie cichutko, że przecież nie jest aż tak źle!!!!!! Mogłoby być gorzej.
Czuję jednak, że już nie nadaję się do takich układów i pracy jak ta. Tamten czas minął. Więc z niekrytą radością i ulgą przyjęłam wiadomość, że chyba nie wyjdzie nam współpraca, choć okaże się to w przyszłym tygodniu. Potaknęłam grzecznie i ostrzegłam, że nie chcę się stresować, więc lepiej będzie jeśli będziemy wobec siebie szczere.
Ubiegłotygodniowe zauroczenie Seniorą minęło. Przeminęło z wiatrem można powiedzieć.
I dzięka Bogu!!

wtorek, 10 sierpnia 2010

rozmowy

Słucham muzyki na komunikatorze społecznościowym,
odnalazłam tam też znajomych, których nie spodziewałam sie tam zobaczyć,
czasem rozmowy są ciężkie, czasem lekkie i zabawne.
Z tą nie było najłatwiej ale wyszło śmiesznie.
Furio pisze:
"Dla mnie miło jest porozmawiać... w pracy też fajnie... trochę się mnie boją, że przypierdolę... ale wiedzą, że swój chłop"

sobota, 7 sierpnia 2010

Plan oszczędzania

Jak się nie ma zbyt dużo kasy, to się ma mniejsze potrzeby albo trzeba nauczyć się oszczędzać.

Oszczędzam.

Kupuję tanio, mało i przygotowuję zdrowe z tego posiłki :)
Jak tylko się da.
Kotlety sojowe bardzo tanie - tak po prostu tanie tu są - warzywka, bagietka czosnkowa - i sobotni obiad gotowy, pyszny (serio) i zdrowy!!!!
koszt: 3 funty :))))

a na deser słodycze przywiezione z Polski :)

wtorek, 3 sierpnia 2010

Z Lasu


W Polsce lato.Leniwe i gorące. Piekne. Jakiś czas temu marzyłam, by oglądać niebo polskie nocą, latem. I udało się, choć spieszyłamsię wciąż do czegoś, niepotrzebnie i przeoczyłam pewnie pięknie pachnące noce. Znaczy chyba, że jeszcze nie czas na spokojne oddychanie tym powietrzem.
Ktos zabił mi ćwieka prośbą o wrażenia z wypadu w górki. Chyba łatwiej byłoby mi odpowiedzieć na konkretne pytania bo mam trochę chaos w głowie.
A cóż mam pisać? Że cudne miejsce, że mogłabym tam dłużej i chciałabym zostać? Że ten spokój i natura to właśnie było to, czego potrzebowałam? Że i wino, co go w ogóle dużo nie piję, było smaczne, choć wytrawne czerwone.To wszystko za krótko i za mało i chciałabym jeszcze.
Że krępowały mnie pewne teksty? To jedyne mnie ograniczało tam ale skoro nic nie zrobiłam by to zmienić to pewnie miało mnie krępować albo sama się tym ograniczałam.
To wszystko w mojej głowie a gdzie tu Las? W nocy. W aucie w lesie, w deszczu przy strumieniu z trzecim okiem w kolorze red. Tam chyba.
Nawet nie wiem jak tam dotrzeć, wrócić, gdybym mogła.
Taki zielony, czysty czas- tak mi się zdaje. Dużo milczenia i gadania i śmiechu.
Duperele.
Narąbane drewno, siła w deszczu i cisza przed burzą.
I niepokoje, niedogadane oczekiwania wobec siebie, a dla mnie spokój, bo tylko patrzyłam i nie u siebie czułam niepokój.
Swojego mam dużo ale nie tam w Lesie.
I nowe wątpliwości wpisane w historię, nowe pytania i piegi na przedramieniu.
I cisza, trochę chaotyczna.
Tak było.

sobota, 31 lipca 2010

powrót

No i wróciłam
cała inna
jak zawsze po powrocie

czwartek, 24 czerwca 2010

do domu!!

Zdawało mi się kiedyś, że w moim życiu nie dzieje sie nic fajnego i interesującego, bo chyba nie mam ku temu predyspozycji....
Od kiedy przestałam w to wierzyć i tak myśleć zauważyłam, że już dawno dzieją się właśnie takie rzeczy. Nie zawsze przybierają formę imponujących zewnętrznie zdarzeń. Choć też kwestia rozróżniania rzeczy i kąta patrzenia na to, co się dzieje.

Dzieje się pięknie!
Pomoga mi w tym oddech
i brak myślenia.

Jadę do domu na prawie cały miesiąc i bardzo się cieszę!!!!! jak dawno nie!
100-godzinna medytacja przede mną, liczę, że otworzy mi oczy:)))) jeśli można tak powiedzieć.

czwartek, 13 maja 2010

Istota mocy człowieka (stara buddyjska przypowieść)

Przypowieść ta wpadła mi w ręce kilkakrotnie, dziś znalazłam ją na blogu www.rentier-blog.pl

Bogowie starali się znaleźć miejsce na ukrycie Mocy, żeby ludzie nie mogli czerpać z tej wszechpotężnej siły.

Jeden z bogów proponował ukryć ją na szczycie wysokiej góry, drugi bóg jednak przestrzegał, że prędzej czy później człowiek i tak wejdzie na górę i zawładnie Mocą.


Inny bóg radził ukryć Moc w głębinach morskich, ale i ten projekt zakwestionowano tłumacząc, że człowiek znajdzie sposób na nurkowanie w głębinach.

Jeszcze inny bóg sugerował ukrycie Mocy głęboko pod ziemią, ale i ten zamysł odrzucono dowodząc, że człowiek się do niej dokopie.

Aż w końcu pewien stary, mądry bóg zaproponował:

– Zamknijmy Moc w głębi samego człowieka. Człowiekowi nigdy nie przyjdzie do głowy, by właśnie tam zajrzeć.

I tak też uczyniono.

sobota, 1 maja 2010

1 maja

Pierwszy dzień wolności od pracy w dzień pracy!!
zaczynam nowy rozdzialik, podrozdzialik, zatytułowany:
UMIESZ LICZYĆ, LICZNA SIEBIE

cdn.

niedziela, 25 kwietnia 2010


Czwartek około 1 w nocy. Wszyscy są zmęczeni, pozytywnie zmęczeni, w piątek rano czeka nas wyprawa. Powrót do domu. Ja bardzo tego nie chcę, bo nie chcę wracać, jeszcze. Ale wiem, że będzie co ma być.
Z kuchni dobiegają dźwięki krzątaniny, po kolacyjnego sprzątania, wybuchy śmiechu spowodowane zmęczeniem i bezsilnością wobec całej góry brudnych naczyń, których tak bardzo nikomu nie chce się myć.
W gościnnym pokoju, gdzie spokojna muzyka przygrywa i łagodzi i tak już spokojny nastrój siedzą mężczyźni. Najmłodszy z nich jest chory. Złapała go grypa, na to wygląda. Chłopak czuje się bardzo słabo, jest młody i silny ale jakby poddał się gorączce. Gospodarz domu przywdziewa specjalny strój, bierze do rąk drewniane instrumenty przywiezione z amazońskiej dżungli, zapala kadzidła. Jego przyjaciel siada obok młodego chłopaka, który już wyprostowany siedzi na krześle po środku pokoju. Ma zamknięte oczy.
Do kuchni dobiegają dźwięki bębnienia, jakiegoś niewielkiego instrumentu. Dziewczyny w kuchni nie słyszą tych nut. Idę do pokoju, bo to coś zupełnie innego niż znałam do tej pory. W progu pokoju stanęłam jak wryta. Chłopak siedzi po środku, gospodarz i jego przyjaciel tuż przy nim. Jeden gra na fleciku, drugi uderza w bęben. Następnie coś, co przypomina wachlarz, w dłoni gospodarza. Wykonuje nim ruchy dookoła sylwetki młodego, dotyka jego ramion, tak mi się zdaje. Choć za pośrednictwem instrumentów nigdy nie dotyka jego ciała. Gospodarz ma zamknięte oczy, wygląda jakby był w transie. Wszyscy są skupieni. Dziewczyny z kuchni dotarły do pokoju i patrzą dziwiąc się. Ja z utkwionym wzrokiem patrzę na wszystko co dzieje się w tej niewielkiej przestrzeni. Czuję się jak zaczarowana, albo jakbym była w domu… Najbardziej wzrusza mnie trans.
Zostaję sama z nimi i tą niezwykła sytuacją. Nie wiem nawet czy powinnam tu być, czy powinnam przyglądać się czemuś co po raz pierwszy w życiu robi na mnie tak niespotykane wrażenie. Zostaję, nie mogłabym się stąd ruszyć, i nie chcę.
Siedzę w ciemnym kącie, wzruszona, inaczej niż zawsze, płaczę. Młody chłopak otwiera oczy i po kilku sekundach wstaje i dziękuje przyjaciołom za to co przed chwilą dla niego robili. Przytulają się, stają się sobie bliżsi, tak naturalnie, po ludzku. Chłopak przytula się do mnie a ja wycieram łzy, jest ciemno i pewnie nie zauważył, choć to nieważne w tej chwili. Teraz dopiero reszta zobaczyła, że byłam obecna w pokoju. Jest między nami milczące porozumienie, wspólnota! Mam w głowie milion pytań, których nie potrafię zadać.

Wychodzę na zewnątrz. Jest ciemna piękna noc, moja ostatnia tego lata tutaj. Wiem, że od tej pory nic już nie będzie nigdy takie,jak przedtem.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Po tragedii w kraju

Pytasz mnie o patriotyzm.
Poszedł trochę w odstawkę, gdy znaczenia nabrało życie każdego z nas indywidualnie. Odnajdowanie siebie, szukanie gdzieś w codzienności. Patriotyzm jest hasłem z encyklopedii. To, co w sercu czuję do Polski, nazwać mogę wrażliwością i tęsknotą do domu.
Hasło: ostatnia tragedia.
...
Łatwo mieć tu dystans, wiesz? Mniej boli strata wielu ludzi.
Polityka bardziej mnie przeraża niż interesuje,więc odcinam się trochę, choć przykro mi. Równiez dlatego mi przykro, że nie ma mnie w kraju, że mam ten dystans z dużej odległości. Że kolejne historyczne wydarzenie ma miejsce a ja tu borykam się z codziennością.
Mówisz: życie.
Otóż to.
Więc żyję i pytam innych, co tu ze mną. Oni też mają dystans, czytają wieści z kraju, donosy, przypuszczenia, filmy oglądają, patrzą i zastanawiają się. I też żyć tu muszą dalej, z dystansem większym czy mniejszym.

Czy to coś zmieni w kraju, z którego wyjechałam już prawie 5 lat temu?
Chcę wierzyć, że zmieni. Na lepsze.

piątek, 16 kwietnia 2010

Cudowny piątek

Dziś odwiedziła mnie pewna starza dama. Przedstawiła sie jako Terra, miała aparat słuchowy w uszach, długie, nie do konca siwe włosy - piękne, długie, proste, powiedziałabym. W czasie, gdy wykonując swoją pracę próbowałam jej pomóc, powiedziała, że ma 80 lat, że jest katoliczką a od 28 lat wegetarianką.
Jej drobne, delikatne dłonie pokryte cienką, przezroczystą skórą uścisnęły moją dłoń a oczy wpatrzone w moje nie przestawały sie uśmiechać. Wychodząc obiecała, że się o mnie pomodli i prosiła, bym też się o nią pomodliła. Wzruszyłam się.


Kilka godzin później, 20 minut po wyjściu z podmiejskiego autobusu zorientowałam się, że zostawiłam w nim portfel ze wszystkimi dokumentami, jakie posiadam. Spanikowałam ale znalazłam nr telefonu do tutejszego "pekaesu" ;) i od razu zadzwoniłam z pytaniem, czy nie wiedzą nic o moim portfelu. Miły pan, który nie potrafił przeliterować mojego nazwiska powiedział, że ma go przed nosem i mogę go odebrać kiedy tylko chcę!!!!! Padałam na twarz, zmęczona długim, ciężkim piątkiem ale właśnie w tej samej chwili byłam najszczęśliwszą osobą na wyspie :D
Cudowny to był piątek, taki normalnie, fajnie cudowny!

sobota, 10 kwietnia 2010

Śmierć Prezydenta RP

Dzis rano mój kolega Mahndi zadzwonil z informacją, że na hinduskiej tv mówią o śmierci polskiego Prezydenta.
Stało się.
Tragedia.
W obliczu tej śmierci chyba lepiej milczeć.

Drogi Panie Prezydencie!
Żegnam.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Kalendarz szalonego małolata


"Jestem nikim
jestem dupkiem
jestem słaby
ginę w tłumie.

Jestem głupi
jestem inny
jestem tchórzem
jestem winny.

Jestem śmieciem
niepotrzebnym
Jestem łajdak
i to wredny.

Jestem brzydki
jestem smutny
jestem chamem
jestem brudny.

Ale przecież jestem"

To tekst, który dawno, dawno temu znalazłam na jedej ze stron Kalendarza Szalonego Małolata. Napisał go któryś z czytelników, chyba. Dla mnie wstrząsający, zrobił wrażenie, na tyle, że po latach - chyba 15 latach!!!! - nadal o nim pamiętam. No i proszę, znalazłam go online.
Ale chciałam raczej napisać o samym kalendarzu. To dopiero była jazda!!!! Wszystkie jego strony od września do czerwca były zapisane drobnym maczkiem. Do niektórych kartek przypięte albo przyklejone specjalne dodatkowe informacje dotyczące wydarzen tamtych dni. Do tej pory mam jeszcze pukiel obciętych włosów w kolorze czerwonym, które rozpoczęły w moim życiu erę krótkowłosej, zbuntowanej Moniki. Włosy są nadal przypięte do jednej z kwietniowych stron w roku 1995. Poza tym jest tam wiele sekretnych informacji, tajemnic i myśli.
KSM był moim najlepszym przyjacielem!!! I miał niewiarygodnie ogromną wartość. I na pewno duże znaczenie na to kim teraz jestem! :)

wtorek, 30 marca 2010

Anapanasati - to w buddyzmie sposób medytacji poprzez świadome oddychanie, skupione na wdechu i wydechu.
Podczas pewnych wykładów, w których brałam udział w ubiegłym roku, nauczyciel przypomniał mi bardzo ważną rzecz:
kiedy robisz coś świadomie, i oczekujesz pięknych wrażeń, nie czekaj aż towarzyszyć temu będzie coś niesamowitego np. fajerwerki, orkiestra zagra symfonię Bethovena lub coś podobnegoo, tracisz tylko czas i uwagę. To co piękne w życiu jest proste.
Jeśli żyjesz świadomie, to wszystko na co czekasz dzieje się w tej właśnie chwili i jest szczególne właśnie dlatego, że się wydarza. Oczekując czegoś ponadto nie zauważamy gdy przychodzi do nas prawdziwe piękno.
To proste bardzo ale tak cholernie trudne do zrozumienia!
Więc przypominam sobie to od czasu do czasu.

niedziela, 28 marca 2010

Alicja w Krainie Czarów wkurzyła się na białego królika, który mówił jej co ma robić, co zostało wpisane w jej życie. Nie chciała go słuchać.
Postanowiła, że sama zdecyduje, co zrobi, bo to jej wybór, jej życie.
Mimo wielu oporów i zdawałoby się niemożliwych do pokonania przeszkód, zwyciężyła wroga, uratowała królestwo i wróciła do domu.
To nie był jej sen, to część wybranej przez nią ścieżki. Świadczą o tym rany na ciele, które miała na przedramieniu po powrocie z króliczej nory.
I wierzę, że nie okłamała Kapelusznika mówiąc, że nigdy o nim nie zapomni.

by your side - Sade

when you're on the outside baby and you can`t get in
i will show you you're so much better than you know

when you're lost and you're alone and you cant get back again
i will find you darling and i will bring you home

and if you want to cry
i am here to dry your eyes
and in no time
you'll be fine

wtorek, 23 marca 2010

dzisiejsze dno

Frytki, serowe śmierdzące chipsy i pepsi
to mój dzisiejszy obiad.
Osiągnęłam dno,
więc będzie już coraz lepiej :)

piątek, 19 marca 2010

Czy aby nie jest tak, że skoro dzielimy się z bliskimi ludźmi wyłącznie problemami i nieszczęściami, a szczęściem nie, to robimy to po to by się wypluć i wyżalić?
Tak jakby zdjąc z siebie jednorazowy płaszcz przeciwdeszczowy po ulewie i wrzucić go do kosza. Jakby wytrzeć buty np. z psiej kupy w wycieraczkę.
A kto potem wyrzuci śmieci i wypierze wycieraczkę?
to chyba istotne pytanie.

sobota, 13 marca 2010

sobota rano


nic nie robienie nie jest dobre ale potrzebne jak cholera!

a może jest dobre.

Po ciężkim tygodniu tylko to mi przychodzi do głowy.

Przydała by się grzęda - taki stojak do trzepania dywanów - żeby się zawiesić na niej i wisieć do góry nogami i wytrzepać z mózgownicy bezużyteczne odpadki. Oj przydałaby się!!!!

no i co mnie jeszcze wkurza?
To, że mam oczekiwania wobec innych ludzi takie, jak wobec siebie. I oto po raz kolejny zaskoczyłam się wnioskiem, że przecież nie wszyscy chcą się dzielić z bliskimi swym szczęściem, niektórzy wolą dzielić się swym nieszczęściem, a potem? potem już niczym.
Tylko, że ja już teraz wiem: dziekuję, nasram!

niedziela, 7 marca 2010

prawie wiosna


Z głośników dobiegają głosy świerszczy i gitary,
taką płytkę włączyłam.
Z dołu, z kuchni, dźwięk wirującej pranie pralki,
za oknem trochę hałasu ulicznego
a w głowie cisza, totalna.
Nie mylić z pustką, proszę.

Wczoraj pojechaliśmy szukać wiosny, już trochę do miasta zajrzała,
a w górkach, lub na wzgórzach, jak kto woli (..;-) jeszcze trochę śniegu leży.
Przewietrzyliśmy głowy.
Zmoczyliśmy nogi.
i być może nawet opaliliśmy trochę nosy.

Być może stąd ta cisza w głowie, chyba wywiało mi resztki dobrych myśli, bo mnie trochę na smutek bierze.
:)

sobota, 27 lutego 2010

zatrzymać czas

Gdyby tak na chwileczkę zatrzymać czas
jak w filmie.
Gdybym tylko ja mogła się w tym zatrzymaniu poruszać i obserwować wszystko dokoła
w tej ciszy totalnej,
ciekawe czy widziałabym wciąż te same kolory i słyszała te same dźwięki.....

i gdybym mogła zdecydować jak długo miałoby to trwać
to ciekawe, kiedy znowu przycisnęłabym guzik pauzy...

pewnie dopiero wtedy miałabym radochę z zakupów na wyspie :) byc może, nie na pewno.

czwartek, 25 lutego 2010

Kurcze, jak oglądam i czytam wspomnienia z podróży ludzi, którzy właśnie gdzieś w terenie przyglądają się światu, to mi się chce wyć. Bo też chcę!!!!

http://swiatoobrazy.pl/

podaj dalej!

niedziela, 21 lutego 2010

Pachamama w tańcu


Właśnie po raz setny obejrzałam filmik, mój najulubieńszy chyba ze wszystkich "Where the hell is Matt?" i przypomniałam sobie zabawę, którą zorganizowano dla nas - turystów - na wyspie Amantani w Peru.
Wieczorem po kolacji nasi gospodrze, (ich zdjęcia są poniżej we wcześniejszym wpisie) przynieśli do naszego pokoju tradycyjne ubrania dla mnie i Daniela. Daniel dostał panczo i czape z uszami (już ucieszyłam się na moje panczo ale...) dla mnie Pani domu przyniosła kilka kolorowych spudnic i bluzkę oraz bardzo szeroki pas, wszystko ręcznie zrobione z wyszywanymi haftami. Było to przepięknie kolorowe i prawdziwe. Okazało się też bardzo ciężkie i spinające w pasie... ufff, wcześniej założyłam na siebie 3 długie rękawy, bo zapowiadało się zimno i w razie co mogłabym zdjąć z siebie na zabawie którąś z warstw. Ale po ubraniu mnie przez naszą gospodynię nie było o tym mowy, bo wszystko było tak spięte, że ledwo oddychałam - talia osy została podkreślona, nie powiem ;-) ale astma przypominała mi, że nie tak hop siup z oddychaniem. Hmm , jako, że trza być trwardym a nie miętkim dałam radę dojść na zabawę i zatańczyć dwa kawałki :) Potem poprosiłam o pomoc błagalnym wzrokiem i zostałam uwolniona z niepotrzebnych wartstw ciuchów, pozostając zaledwie w Amantańskim stroju.
Ale w sumie nie o tym chciałam pisać!!!!
Kiedy kapela zagrała pierwszy kawałek - jak to kurczę brzmi.... zupełnie jak na zabawie wiejskiej choć tak też było :) - nasz gospodarz poprosił mnie do tańca a gospodyni poprosiła Daniela. To samo zrobili inni mieszkańcy wioski prosząc do tańca pozostałych turystów (a byli to ludzie z Argentyny, Chile, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz Hiszpanii). No i się zaczęło!!!!!!!!! Tańce wyginańce a później szaleństwa w kółeczku i najlepsze co mogło być: UŚMIECHY NA TWARZACH WSZYSTKICH!!!!! Szczególnie turystów. Uśmiechy od ucha do ucha, które rozbroiły mnie na maxa!!!
I wtedy po raz kolejny pomyślałam sobie, że kurde dla takich momentów się żyje.
Cała energia Ziemi, którą mogliśmy poczuć kilka godzin wcześniej wdrapując się na wzgórze o imieniu Pachamama, (po polsku Matka Ziemia), gdzie ponoć kumuluje się energia Ziemii, uchodziła teraz z nas w postaci przecudownie szczerych uśmiechów. Uśmiechów i śmiechów, bo nie tylko się uśmiechaliśmy do siebie, tak bardzo prosto śmialiśmy się też do siebie. I wtedy, w tym momencie tańca, wszystkie bariery między nami - ludźmi zupełnie sobie obcymi - gdzieś się rozmyły i nic już nie było ważne. Nic oprócze tego momentu - TU I TERAZ!!!!!!

No o to właśnie chodzi!!!

Cudne doświadczene!!!!!

(na zdjęciu na pierwszym planie Daniel, za nim nasza gospodyni, chłopak z Amantani, dziewczyna z Chile i inne turystki )

sobota, 20 lutego 2010

Wyspy Uros







Wyspy Uros, to pływające wyspy na jeziorze Titicaca. Pływają, bo są zrobione z trzciny.... mają podłoże hmmm jakby to powiedzieć, miękie, bo mimo zakotwiczenia do dna, pozostają ruchome. Kolorowo ubrani mieszkańcy, zdaje się, że każdego dnia odbywają rytuał witania turystów, opowiadania o swym życiu i tradycjach oraz sprzedawania im rękodzieł, czyli czapek, chust, amuletów i innych. Zdaje mi się, że mogą być już tym zmęczeni ale chyba jest to spora część ich dochodów, więc śpiewają na pożegnanie piosnki w swym języku Uros. To bardzo ciekawe miejsce ale świadomość, że byłam tam pewnie milionowym turystą na przełomie roku sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się nad tym całym "interesem kulturowym" wysp Uros. Niewiele wymyśliłam :) i tak jest lepiej, bo niewiele o nich wiem i nie chcę oceniać, refleksje jednak pozostały.
Uciekłam stamtąd z kilkudziesięcioma zdjęciami i wyrzutami sumienia, że skradłam im kawałek duszy. Po wizycie na następnej wyspie (Amantani) minęło mi. Trzeba być twardym a nie miękkim ;-) A ONI Z TEGO ŻYJĄ.

czwartek, 18 lutego 2010

rodzina, u której spaliśmy na wyspie Amantani




Peru kilka zdjęć

Kanion Colca



Copacabana, Boliwia

Pastereczka na wyspie Taquile

tak się muły patrzyły


Po w okolicach Kanionu Colca, niedaleko wioski Cabanaconde.

poniedziałek, 15 lutego 2010

zapiski rozmowy

[2010-02-14 15:26:06] demonika napisał(a): jak żyjesz???????
[2010-02-14 15:26:55] Piotr B. napisał(a): no w miarę
[2010-02-14 15:27:01] Piotr B. napisał(a): jak po podróży?
[2010-02-14 15:27:37] demonika napisał(a): dochodzę do siebie
[2010-02-14 15:27:52] Piotr B. napisał(a): fajnie było?
[2010-02-14 15:27:59] demonika napisał(a): cudownie
[2010-02-14 15:28:13] Piotr B. napisał(a): no widzisz

niedziela, 14 lutego 2010

Modlitwa

W Copacabanie, gdy rozmawialiśmy z Harveyem, poruszyliśmy temat pewnej modlitwy, znałam jej treść, choć nie wiem skąd, nie pamiętam, gdzie ją znalazłam. Jest bardzo mądra i piękna. Z Danielem również o tym później rozmawialiśmy. W drodze powrotnej do domu, kiedy zaczęłam czytać "Śmiertelni, nieśmiertelni" Kena Wilbera pojawiła się ot tak, na jednej ze stron. Oto ona:
"Boże obdarz mnie
spokojem, bym zaakceptował rzeczy, których nie mogę zmienić,
Odwagą, bym zmienił rzeczy, które zmienić mogę,
I mądrością, bym umiał je rozróżnić."

środa, 10 lutego 2010

tu gdzie jestem

Pewnien Żuraf napisał mi kiedy powiedzonko:
"wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma".
Podobało mi się, a teraz myślę, że moje życie się toczy tam właśnie, gdzie jestem. Gdziekolwiek to jest.

J E S T.

wtorek, 9 lutego 2010

Piękna twarz


Na wyspie Amantani, na jeziorze Titicaca , mały chlopak wrazz kolegą, kuzynem lub bratem, nie wiem, grali, średnio umiejętnie na bebenkach,bo przyjechali turyści i można było zarobić parę groszy. Zarobili niewiele ale ślad po tym spotkaniu pozostał w formie zdjęcia. Bardzo je lubię. Małemu też się podobało :)

poniedziałek, 8 lutego 2010

Madryt, droga powrotna do domu

Szalona, piekna natura zostala w Arequipie, teraz zimowy Madryt, hostelowy pokoj bez okna,wegetarianska uczta w barze i to na tyle.
Racje maja wszyscy, ktorzy pisza, ze cala reszta zostaje w sercu, na dlugo. Oj tak.
I nawet nie boje sie powrotu do pracy.... w sensie juz rzeczywistosc mnie dopada krok po kroku, trza sie wziac za sie i planowac kolejny wypad. Spotkalam wielu ludzi, ktorzy podrozuja kilka miesiecy po jednym kontynencie i nadal nie sa w stanie zobaczyc wiekszosci. Tak wiec,hmmmm czemu nie ja?? my??? ktos sie dolaczy?????

sobota, 6 lutego 2010

Harvey

Ma 64 lata, siwe kręcone włosy i pochodzi z Kanady. Od ponad 30 lat podróżuje kilka miesięcy w roku po różnych zakątkach świata. Spotkaliśmy go na placu przy kościele w Copakabanie. Był to jego pierwszy raz w Ameryce Południowej. Mój też.
Harvey zadawał nam dużo pytań, słuchał odpowiedzi i dzielił się swoimi doświadczeniami. Rozmawailiśmy o życiu, rodzinie, pracy, podróżach i miłości. O wszystkim, co ważne. O decyzjach, dojrzałości, świadomości i rodzicielstwie.
Pięknie się z nim rozmawiało, po prostu, normalnie i spokojnie. Patrzyliśmy sobie w oczy podczas rozmowy, i zdałam sobie sprawę, że nie zawsze mam kontakt wzrokowy z moimi rozmówcami.
Harvey podzielił się z nami swoją mądrością, i sam jak mówił dużo się uczy od ludzi, z którymi rozmawia. Taka wymiana energii.
Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia. Cholera jasna. Chociaż, jak mówił, najważniejsze emocjie i obrazy i tak na bardzo długo pozostaną w pamięci. Więc zapamiętam go :)

Powrot do cywilizacji

Juz w Limie. Nie ciesze sie z tego ale akceptuje, jak to ze Peruwianska przygoda nr 1 zaczyna sie konczyc.
Z Copacabany pojechalismy do Arequipy, drugiego po Limie najwiekszego miasta Peru, balam sie jak cholera, bo gnalo mnie do natury ale wiem, ze byl to rewelacyjny wybor. Niedaleko miasta, hmm stosunkowo niedaleko, okolo 6 godzin autobusem... znajduje sie przepiekny i przeogromny Kanion Colca.Najglebszy na swiecie,jak odkryli przed 3 laty polscy naukowcy. Wzielismy udzial w 3 dniowym trekkingu. Wedrowalismy wglab, pokonywalismy tysiacmetrowe wysokosci i spalismy w mieszkancow wioski gorskiej. W tym miejscu tez obserwowalismy kondory, bo tam znajduje sie ich rezerwat, niesamowite, piekne i olbrzymie ptaki.
Zorganizuje sie jakos i niebawem napisze wiecej.
powrot do rzeczywistosci zawsze byl dl amnie trudny, zaczynam wiec z cierpliwoscia swoj powrot.pa

sobota, 30 stycznia 2010

Cusco bez machu Picchu

24 godziny jazdy autobusem na wysokosc 3500 m.n.p.m. z Limy do Cusco. Zmeczenie ogromne, psychiczne, herbatka z koki pomogla ale u tak przespalismy 14 godz. zanim doszlismy do siebie.
Cusco bogate w kolory, bardzo tureystyczne. Muwlismy plan by dotrzec do Urubamby zostac na noc u znajomego Daniela, pozniej do Aquas Calientes by stamtad wczesnie rano ruszyc na mchu Pichcu. Niestety okazalo sie ze lawina zasypala tory kolejowe-jedyna droge by dotrzec do Machu. postanowilismy wiec ruszyc do Puno i tam zrealizowac plany by w drodze powrotnej zdobyc Machu..... nie uda sie niestety, nie tym razem, bo kolejne lawiny i deszcze odciely szczyt Machu od swiata, turystw i tubylcow rowniez. Juz w drodze do Puno widzielismy zalane wioski po pierwszej lawinie, zruinowane domostwa i bystro plynaca rzeka Urubamba. Smutny widok. Jednak okazalo sie, ze gdybysmy posatnowili poczekac w Cusco moglibysmy sami znalesc sie w tej kijowej sytuacji.
Tymczasem Puno, dosc cieple i przytulne. Wybralismy sie na wyspy Uros, plywajace wyspy, zbudowane z pewnego rodzaju slomy, na ktorej od stuleci zyja potomkowie Inkow, chyba... POzniej pojechalismy na druga wyspe (wszystkie na jeziorze TITITACA) Amantani i tam mieszkalismy w dosc tradycyjnych warunkach razem z mieszkancami wyspy. O tym napisze pozniej, bo to bardzo ciekawe przezycie ale w kafejce internetowej sie da.

piątek, 22 stycznia 2010

Lima, Peru cd.

Jutro jedziemy do Cosco wiec dzis o moich wrazeniach z Limy :)
OGROMNA< PRZEOGROMNA!!!!!!
bardzo głośna i zanieczyszona smogiem
jednoczesnie piekna, bo zyje swoim własnym życiem i mimo jakby sie zdawało ogromnego haosu, świetnie zorganizowana w nim.
Podróżujemy autobusami i taxowkami :) autobusy sa niesamowite, o tym napisze pewnie jeszcze później.
Chcialama napisac by wspomnieć, że pięknie jest podpatrywac choc przez chwilke totalnie totalnie inną kulturę !!!!!! piękną, kolorową i zupełnie odmienną. uwielbiam tą tu możliwość :)
za błędy przepraszam, poprawię później
buenos dias!!!!!!

czwartek, 21 stycznia 2010

Lima, Peru

wpis 1.
dopiero dotarłam, podróż była baardzzzzzzzzzzdooooooooooooooo długa ale nie najgorsza, znaczy nawet ciekawa, choc oczekiwanie na lotnisku na kolejny samolot wydłużało się w nieskończoność, wciąż miałam wrażenie że zostały mi 2 godz. do odprawy. po czym okazywało się, że trzeba odsiedziecjeszcze troche czasu zanim w końcu wpuszczą mnie do samolotu. Oddałam moje miejsce przy oknie parze, która nie miała wykupionych miejsc obok siebie i dosiadałam sie do innej pary francuzów, którzy mówili tylko w swoim ojczystym języku ale i tak udało nam sie dogadać. BYłam nawet pomocna i wykorzystałam wszystkie (nie najlepsze) moje umiejętności językowe by pomóc im wypełnic dokumenty mihgracyne.
lece, Daniel woła.

piątek, 15 stycznia 2010

nuda

Oczy zaraz wypłyną, za dużo oglądania głupot na kompie, choć muszę przyznać, że najnowsza piosenka Alici Keys jest przepiękna :))))
Wyrzuciłam kilku jegomości i jegomościówek z moich znajomych na naszej klasie (i tak mam tam jeszcze ponad 180 osób, i tylko z garstką mam jako taki kontakt,więc coś i tak zmienić trzeba....).
Mój ukochany nie czyta tego, co tu piszę, więc w zasadzie mogę coś o nim skrobnąć..
heheheheh
nie, nie i nie! za karę!!

mentalnie spakowana do podróży choć po głowie wciąż kilka pytań mi skacze hop hop o tak :) za tydzien o tej porze powinnam być w Limie :) no tam mnie jeszcze nie oglądali!!!!!
Jadę do Daniela :) i mamy fajny plan podróży!! hmm on go stworzył, fajny. Więc będzie co oglądać. :)))))


tymczasem na zamku ... nuda

piątek, 8 stycznia 2010

zaczęło się



No i Nowy Roczek powitał nas
samochód się zepsuł w drodze na sylwestrowy spacer po wzgórzu,
linie lotnicze które miały mnie zawieźć do Peru zbankrutowały,
domowa atmosfera się ulotniła albo zamroziła gdy na wyspę dotarły minusowe temperatury.

To mijający tydzień.

A ten dzień już spokojniejszy
z nowymi biletami w innych liniach,
autem zreperowanym
a atmosfera, cóż sama się nie naprawi ale za to wyjaśnia wiele
i przypomina też, że ważne rzeczy i ludzie bronią się sami tym, że SĄ.
Czas na zmiany.


Teraz weekend :)
miłego wypoczynku po pracy.

ps. lubię to zdjęcie, sama zrobiłam :)