sobota, 30 października 2010

Luty 1996

Jako 5 osobowa grupa znajomych, licealistów postanowiliśmy wpaść na dzień do Zakopanego. Po kilku godzinach szwędania się po Krupówkach, cukierniach odwiedziliśmy Gubałówkę, tuż przed zachodem słońca, tak by zdążyć zejść z niej pieszo. Było zimno, mroźno i śnieżno. Stroma droga w dół była oblodzona, trzeba było schodzić przy siatce płotu, by nie obić sobie kości ogonowej spadając co chwilę na tyłek. Jola złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą mając ochotę na odrobinę szaleństwa i krzyknęła, by zbiec w dół, tak szybko jak nigdy dotąd.
Nie pamiętam ile setek metrów pokonałyśmy zbiegając po oblodzonej trawie wzniesienia. Dość szybko nasze dłonie się rozłączyły by nogi z ogromną prędkością mogły pokonać kolejne metry szalonego pędu. Od samego początku wiedziałam, że to najgłupszy pomysł tego roku, mimo, że to dopiero był luty. Kiedy skończyła się górka i pod naszymi nogami znalazł się równy teren, nasz bieg wcale nie zmniejszył swej prędkości. Czułam, że nie mogę się zatrzymać, że wciąż jestem rozpędzona, i tak samo wzrastał we mnie strach. Pomimo ogromnej prędkości mój umysł działał bardzo wolno i wyraźnie. Moje myśli były bardzo przejrzyste i rozsądne. Mimo, że ten chory bieg trwał zaledwie kilka minut, prowadziłam wewnątrz bardzo normalny, dialog. To był pierwszy moment, gdy usłyszałam wewnętrzny głos i pamiętam go dobrze. Podpowiedział mi, że aby przeżyć ten głupi wybryk musze zatrzymać się na kolanach bo jeśli wyląduję na głowie, to moja czaszka roztłucze się jak butelka. Przez chwilę wydawało mi się to niemożliwe, bo prędkość wciąż była bardzo niebezpieczna a lód pod nogami się skończył, pozostała trawa, o którą łatwo było zahaczyć czubkiem butów i wylądować na głowie. I kiedy tak przez ułamek sekundy zwątpiłam w powodzenie bezpiecznego lądowania na kolanach nagle przestałam pędzić, szybkość zmalała a ja zatrzymałam się na kolanach, rozdarłam spodnie, nabiłam dwie głębokie śliwy, które czasem czuje do dziś.
Posłuchałam głosu. Przeżyłam.

niedziela, 24 października 2010




Oczy oczy oczy!!!


Nie mogę!! Kiedy widze piękne oczy padam na twarz!!!!

Są zwierciadłem naszej duszy, mówią o nas wiele. Mówią nam dużo o tym, do kogo należą.

Zawsze na widok pięknych oczu obijam szczękę o ziemię. Boli przez chwilę, potem ją podnoszę i zamykam, żeby mi ślinka nie kapła na podłogę i udaję, że wszystko jest w porządku. Często odwracam wzrok, bo pewna jestem, że widać moje zafascynowanie oczami albo zaczynam udawać, ze nie widzę tych oczysk.

Cały czas pracuję nad tym, by panować nad sobą w takich sytuacjach ale nie zawsze, cholera, się da!!!

Oczy oczy oczy!!!!!

Nie mogę!!!!

Kocham piękne oczy!!!!

czwartek, 7 października 2010

po latach pięciu

pół dekady temu przyjechałam na wyspę. Przypłynęlam promem.
nieźle, nieźle!!
sporo sie działo!! działo się dookoła mnie i we mnie!!
cudowne czasy!!
bolało zajebicie nie raz
wiało i padało milion razy
i wciąż tu jestem.