sobota, 27 lutego 2010

zatrzymać czas

Gdyby tak na chwileczkę zatrzymać czas
jak w filmie.
Gdybym tylko ja mogła się w tym zatrzymaniu poruszać i obserwować wszystko dokoła
w tej ciszy totalnej,
ciekawe czy widziałabym wciąż te same kolory i słyszała te same dźwięki.....

i gdybym mogła zdecydować jak długo miałoby to trwać
to ciekawe, kiedy znowu przycisnęłabym guzik pauzy...

pewnie dopiero wtedy miałabym radochę z zakupów na wyspie :) byc może, nie na pewno.

czwartek, 25 lutego 2010

Kurcze, jak oglądam i czytam wspomnienia z podróży ludzi, którzy właśnie gdzieś w terenie przyglądają się światu, to mi się chce wyć. Bo też chcę!!!!

http://swiatoobrazy.pl/

podaj dalej!

niedziela, 21 lutego 2010

Pachamama w tańcu


Właśnie po raz setny obejrzałam filmik, mój najulubieńszy chyba ze wszystkich "Where the hell is Matt?" i przypomniałam sobie zabawę, którą zorganizowano dla nas - turystów - na wyspie Amantani w Peru.
Wieczorem po kolacji nasi gospodrze, (ich zdjęcia są poniżej we wcześniejszym wpisie) przynieśli do naszego pokoju tradycyjne ubrania dla mnie i Daniela. Daniel dostał panczo i czape z uszami (już ucieszyłam się na moje panczo ale...) dla mnie Pani domu przyniosła kilka kolorowych spudnic i bluzkę oraz bardzo szeroki pas, wszystko ręcznie zrobione z wyszywanymi haftami. Było to przepięknie kolorowe i prawdziwe. Okazało się też bardzo ciężkie i spinające w pasie... ufff, wcześniej założyłam na siebie 3 długie rękawy, bo zapowiadało się zimno i w razie co mogłabym zdjąć z siebie na zabawie którąś z warstw. Ale po ubraniu mnie przez naszą gospodynię nie było o tym mowy, bo wszystko było tak spięte, że ledwo oddychałam - talia osy została podkreślona, nie powiem ;-) ale astma przypominała mi, że nie tak hop siup z oddychaniem. Hmm , jako, że trza być trwardym a nie miętkim dałam radę dojść na zabawę i zatańczyć dwa kawałki :) Potem poprosiłam o pomoc błagalnym wzrokiem i zostałam uwolniona z niepotrzebnych wartstw ciuchów, pozostając zaledwie w Amantańskim stroju.
Ale w sumie nie o tym chciałam pisać!!!!
Kiedy kapela zagrała pierwszy kawałek - jak to kurczę brzmi.... zupełnie jak na zabawie wiejskiej choć tak też było :) - nasz gospodarz poprosił mnie do tańca a gospodyni poprosiła Daniela. To samo zrobili inni mieszkańcy wioski prosząc do tańca pozostałych turystów (a byli to ludzie z Argentyny, Chile, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz Hiszpanii). No i się zaczęło!!!!!!!!! Tańce wyginańce a później szaleństwa w kółeczku i najlepsze co mogło być: UŚMIECHY NA TWARZACH WSZYSTKICH!!!!! Szczególnie turystów. Uśmiechy od ucha do ucha, które rozbroiły mnie na maxa!!!
I wtedy po raz kolejny pomyślałam sobie, że kurde dla takich momentów się żyje.
Cała energia Ziemi, którą mogliśmy poczuć kilka godzin wcześniej wdrapując się na wzgórze o imieniu Pachamama, (po polsku Matka Ziemia), gdzie ponoć kumuluje się energia Ziemii, uchodziła teraz z nas w postaci przecudownie szczerych uśmiechów. Uśmiechów i śmiechów, bo nie tylko się uśmiechaliśmy do siebie, tak bardzo prosto śmialiśmy się też do siebie. I wtedy, w tym momencie tańca, wszystkie bariery między nami - ludźmi zupełnie sobie obcymi - gdzieś się rozmyły i nic już nie było ważne. Nic oprócze tego momentu - TU I TERAZ!!!!!!

No o to właśnie chodzi!!!

Cudne doświadczene!!!!!

(na zdjęciu na pierwszym planie Daniel, za nim nasza gospodyni, chłopak z Amantani, dziewczyna z Chile i inne turystki )

sobota, 20 lutego 2010

Wyspy Uros







Wyspy Uros, to pływające wyspy na jeziorze Titicaca. Pływają, bo są zrobione z trzciny.... mają podłoże hmmm jakby to powiedzieć, miękie, bo mimo zakotwiczenia do dna, pozostają ruchome. Kolorowo ubrani mieszkańcy, zdaje się, że każdego dnia odbywają rytuał witania turystów, opowiadania o swym życiu i tradycjach oraz sprzedawania im rękodzieł, czyli czapek, chust, amuletów i innych. Zdaje mi się, że mogą być już tym zmęczeni ale chyba jest to spora część ich dochodów, więc śpiewają na pożegnanie piosnki w swym języku Uros. To bardzo ciekawe miejsce ale świadomość, że byłam tam pewnie milionowym turystą na przełomie roku sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się nad tym całym "interesem kulturowym" wysp Uros. Niewiele wymyśliłam :) i tak jest lepiej, bo niewiele o nich wiem i nie chcę oceniać, refleksje jednak pozostały.
Uciekłam stamtąd z kilkudziesięcioma zdjęciami i wyrzutami sumienia, że skradłam im kawałek duszy. Po wizycie na następnej wyspie (Amantani) minęło mi. Trzeba być twardym a nie miękkim ;-) A ONI Z TEGO ŻYJĄ.

czwartek, 18 lutego 2010

rodzina, u której spaliśmy na wyspie Amantani




Peru kilka zdjęć

Kanion Colca



Copacabana, Boliwia

Pastereczka na wyspie Taquile

tak się muły patrzyły


Po w okolicach Kanionu Colca, niedaleko wioski Cabanaconde.

poniedziałek, 15 lutego 2010

zapiski rozmowy

[2010-02-14 15:26:06] demonika napisał(a): jak żyjesz???????
[2010-02-14 15:26:55] Piotr B. napisał(a): no w miarę
[2010-02-14 15:27:01] Piotr B. napisał(a): jak po podróży?
[2010-02-14 15:27:37] demonika napisał(a): dochodzę do siebie
[2010-02-14 15:27:52] Piotr B. napisał(a): fajnie było?
[2010-02-14 15:27:59] demonika napisał(a): cudownie
[2010-02-14 15:28:13] Piotr B. napisał(a): no widzisz

niedziela, 14 lutego 2010

Modlitwa

W Copacabanie, gdy rozmawialiśmy z Harveyem, poruszyliśmy temat pewnej modlitwy, znałam jej treść, choć nie wiem skąd, nie pamiętam, gdzie ją znalazłam. Jest bardzo mądra i piękna. Z Danielem również o tym później rozmawialiśmy. W drodze powrotnej do domu, kiedy zaczęłam czytać "Śmiertelni, nieśmiertelni" Kena Wilbera pojawiła się ot tak, na jednej ze stron. Oto ona:
"Boże obdarz mnie
spokojem, bym zaakceptował rzeczy, których nie mogę zmienić,
Odwagą, bym zmienił rzeczy, które zmienić mogę,
I mądrością, bym umiał je rozróżnić."

środa, 10 lutego 2010

tu gdzie jestem

Pewnien Żuraf napisał mi kiedy powiedzonko:
"wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma".
Podobało mi się, a teraz myślę, że moje życie się toczy tam właśnie, gdzie jestem. Gdziekolwiek to jest.

J E S T.

wtorek, 9 lutego 2010

Piękna twarz


Na wyspie Amantani, na jeziorze Titicaca , mały chlopak wrazz kolegą, kuzynem lub bratem, nie wiem, grali, średnio umiejętnie na bebenkach,bo przyjechali turyści i można było zarobić parę groszy. Zarobili niewiele ale ślad po tym spotkaniu pozostał w formie zdjęcia. Bardzo je lubię. Małemu też się podobało :)

poniedziałek, 8 lutego 2010

Madryt, droga powrotna do domu

Szalona, piekna natura zostala w Arequipie, teraz zimowy Madryt, hostelowy pokoj bez okna,wegetarianska uczta w barze i to na tyle.
Racje maja wszyscy, ktorzy pisza, ze cala reszta zostaje w sercu, na dlugo. Oj tak.
I nawet nie boje sie powrotu do pracy.... w sensie juz rzeczywistosc mnie dopada krok po kroku, trza sie wziac za sie i planowac kolejny wypad. Spotkalam wielu ludzi, ktorzy podrozuja kilka miesiecy po jednym kontynencie i nadal nie sa w stanie zobaczyc wiekszosci. Tak wiec,hmmmm czemu nie ja?? my??? ktos sie dolaczy?????

sobota, 6 lutego 2010

Harvey

Ma 64 lata, siwe kręcone włosy i pochodzi z Kanady. Od ponad 30 lat podróżuje kilka miesięcy w roku po różnych zakątkach świata. Spotkaliśmy go na placu przy kościele w Copakabanie. Był to jego pierwszy raz w Ameryce Południowej. Mój też.
Harvey zadawał nam dużo pytań, słuchał odpowiedzi i dzielił się swoimi doświadczeniami. Rozmawailiśmy o życiu, rodzinie, pracy, podróżach i miłości. O wszystkim, co ważne. O decyzjach, dojrzałości, świadomości i rodzicielstwie.
Pięknie się z nim rozmawiało, po prostu, normalnie i spokojnie. Patrzyliśmy sobie w oczy podczas rozmowy, i zdałam sobie sprawę, że nie zawsze mam kontakt wzrokowy z moimi rozmówcami.
Harvey podzielił się z nami swoją mądrością, i sam jak mówił dużo się uczy od ludzi, z którymi rozmawia. Taka wymiana energii.
Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia. Cholera jasna. Chociaż, jak mówił, najważniejsze emocjie i obrazy i tak na bardzo długo pozostaną w pamięci. Więc zapamiętam go :)

Powrot do cywilizacji

Juz w Limie. Nie ciesze sie z tego ale akceptuje, jak to ze Peruwianska przygoda nr 1 zaczyna sie konczyc.
Z Copacabany pojechalismy do Arequipy, drugiego po Limie najwiekszego miasta Peru, balam sie jak cholera, bo gnalo mnie do natury ale wiem, ze byl to rewelacyjny wybor. Niedaleko miasta, hmm stosunkowo niedaleko, okolo 6 godzin autobusem... znajduje sie przepiekny i przeogromny Kanion Colca.Najglebszy na swiecie,jak odkryli przed 3 laty polscy naukowcy. Wzielismy udzial w 3 dniowym trekkingu. Wedrowalismy wglab, pokonywalismy tysiacmetrowe wysokosci i spalismy w mieszkancow wioski gorskiej. W tym miejscu tez obserwowalismy kondory, bo tam znajduje sie ich rezerwat, niesamowite, piekne i olbrzymie ptaki.
Zorganizuje sie jakos i niebawem napisze wiecej.
powrot do rzeczywistosci zawsze byl dl amnie trudny, zaczynam wiec z cierpliwoscia swoj powrot.pa