
Właśnie po raz setny obejrzałam filmik, mój najulubieńszy chyba ze wszystkich "Where the hell is Matt?" i przypomniałam sobie zabawę, którą zorganizowano dla nas - turystów - na wyspie Amantani w Peru.
Wieczorem po kolacji nasi gospodrze, (ich zdjęcia są poniżej we wcześniejszym wpisie) przynieśli do naszego pokoju tradycyjne ubrania dla mnie i Daniela. Daniel dostał panczo i czape z uszami (już ucieszyłam się na moje panczo ale...) dla mnie Pani domu przyniosła kilka kolorowych spudnic i bluzkę oraz bardzo szeroki pas, wszystko ręcznie zrobione z wyszywanymi haftami. Było to przepięknie kolorowe i prawdziwe. Okazało się też bardzo ciężkie i spinające w pasie... ufff, wcześniej założyłam na siebie 3 długie rękawy, bo zapowiadało się zimno i w razie co mogłabym zdjąć z siebie na zabawie którąś z warstw. Ale po ubraniu mnie przez naszą gospodynię nie było o tym mowy, bo wszystko było tak spięte, że ledwo oddychałam - talia osy została podkreślona, nie powiem ;-) ale astma przypominała mi, że nie tak hop siup z oddychaniem. Hmm , jako, że trza być trwardym a nie miętkim dałam radę dojść na zabawę i zatańczyć dwa kawałki :) Potem poprosiłam o pomoc błagalnym wzrokiem i zostałam uwolniona z niepotrzebnych wartstw ciuchów, pozostając zaledwie w Amantańskim stroju.
Ale w sumie nie o tym chciałam pisać!!!!
Kiedy kapela zagrała pierwszy kawałek - jak to kurczę brzmi.... zupełnie jak na zabawie wiejskiej choć tak też było :) - nasz gospodarz poprosił mnie do tańca a gospodyni poprosiła Daniela. To samo zrobili inni mieszkańcy wioski prosząc do tańca pozostałych turystów (a byli to ludzie z Argentyny, Chile, Wielkiej Brytanii, Włoch oraz Hiszpanii). No i się zaczęło!!!!!!!!! Tańce wyginańce a później szaleństwa w kółeczku i najlepsze co mogło być: UŚMIECHY NA TWARZACH WSZYSTKICH!!!!! Szczególnie turystów. Uśmiechy od ucha do ucha, które rozbroiły mnie na maxa!!!
I wtedy po raz kolejny pomyślałam sobie, że kurde dla takich momentów się żyje.
Cała energia Ziemi, którą mogliśmy poczuć kilka godzin wcześniej wdrapując się na wzgórze o imieniu Pachamama, (po polsku Matka Ziemia), gdzie ponoć kumuluje się energia Ziemii, uchodziła teraz z nas w postaci przecudownie szczerych uśmiechów. Uśmiechów i śmiechów, bo nie tylko się uśmiechaliśmy do siebie, tak bardzo prosto śmialiśmy się też do siebie. I wtedy, w tym momencie tańca, wszystkie bariery między nami - ludźmi zupełnie sobie obcymi - gdzieś się rozmyły i nic już nie było ważne. Nic oprócze tego momentu - TU I TERAZ!!!!!!
No o to właśnie chodzi!!!
Cudne doświadczene!!!!!
(na zdjęciu na pierwszym planie Daniel, za nim nasza gospodyni, chłopak z Amantani, dziewczyna z Chile i inne turystki )