To już jesień w Munilli, kolory trochę inne, rudości sporo, wiatr tez chłodniejszy.
Wioska już inna, jednak teraz karmi orzechami i jeżynami. Gruszki też są, ale cierpkie jak cholera, więc do kitu.
Spotkałam tu tych, z którymi spędziłam cudne chwile na workcampie.
Witalismy się, jak gdybyśmy co dopiero się żegnali, to miłe.
Czas znowu stanął w miejscu. To lubię!
Znależliśmy cudowne źródło czystej wody, tuż pod domem, w piwnicy. Po prostu zaczęła płynąć. Cud i szok. To prezent od świata na urodziny właściciela tego domu - zdawało się. Po trzech godzinach intensywnego myślenia i ciężkiej pracy, okazało się, że w domu obok jest totalna awaria rur. "La aqua natural" okazała się więc porażką i niebezpieczeństwem dla całej konstrukcji domu, spływała bowiem od sąsiada, pod "naszą" kuchnią aż do piwnicy, podmywając dużą jego część.
Poza tym cisza, spokój, góry i zwierzęta.
Krótkie medytacje na wzgórzu i międzynarodowe rozmowy przy stole :)
Czasem cisza, czasem śmiech do łez.
Tak było w Munilli, tej jesieni.
Maduro, uczeń upadającej szkoły
9 lat temu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz