czwartek, 25 czerwca 2009

Munilla z zapisków i skrawków wspomnień


Casa Munilla - miejsce magiczne,
tak pomyślałam, kiedy dotarliśmy tam wieczorem po prawie całodniowej podróży po Hiszpanii. Było zimno i ciemno, jechaliśmy górskimi drogami. Po drodze mijaliśmy liczne miasteczka, które jedno za drugim przypominały mi Obabę (hiszpański film o miasteczku, które własnie tak się nazywa). Po raz pierwszy zobaczyłam jak pracuje pies pasterski. Kiedy przejeżdżaliśmy obok gospodarstwa do którego po całodniowym wypasie wracały owce, pies pasterski - jeden z czterech - zablokował nam drogę, niczym sygnalizoator świetlny, byśmy ustąpili pierszeństwa setce wełnianych zwierzaków. Obszczekał nas, a jego obszczekał nasz Szef :)
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Szef - Gospodarz domu zapoznał nas z zasadami tam rządzącymi, opierającymi się w 99% na pokojowym podejściu do bliźnich. Ustalono godziny posiłków oraz ciszy nocnej. (Prawdopodobnie ostatnio słyszałam takie informacje na kolonii w Puławach.. jakoś 17 lat temu:) Dom był niesamowity. Chciałam usunąć słowo "niesamowity" z mojego słownika, bo zbyt często sie nim posługuję a przeczuwałam chyba, że ten workcamp będzie właśnie taki. Postanowiłam zatem przyjmować rzeczywistość taką jaka jest, cokolwiek to znaczy, miała być ona dla mne inna niż do tej pory.
No i oto proszę bardzo. Po przebudzeniu zobaczyłam gdzie naprawdę jesteśmy. Wysoko w górach, w maleńkiej wiosce, pełnej domów z pomarańczowych cegieł, pełnej pastwisk z krowami białej maści. Owoce i produkty na posiłki musieliśmy kupić w sąsiedniej wiosce, gdzie akurat odbywał sie targ :)

Casa Munilla, Ilargia 19. Dom stary, dość zimny, pewnie zakładano, że na dworze jest na tyle gorąco by pełnił funkcję miejsca na odpoczynek. Dawno już nie słyszałam tak wyraźnie świerszczy i śpiewu ptaków. Nocą były to jedyne dźwięki płynące zza okna.
Noce były ciemne i chłodne. Tylko ostatnia była bardzo jasna, bo gdzieś nieopodal rozbłyskiwały pioruny. Wtedy całe niebo jakby płonęło. Wtedy też przypomniałam sobie, że boję się nietoperzy.
Czas miał inny wymiar. Każdy dzień był dla mnie niedzielą. Czasem szliśmy w góry na zachód słońca i wtedy el Jefe (Szef znaczy) zabierał instrumenty, bo pożegnać dzień z muzyką i radością. Miał olbrzymią muszlę, na której wygrał ku słońcu dżwięki dziękczynne. Popłynęły w cztery strony świata a nasze szczęki opadły w dół. Ja na prawdę starałam się nie myśleć o niesamowitości takich sytuacji, nabierałam powietrza w płuca i cieszyłam się chwilą. Cudnie.
Znalazłam też na poddaszu dwa hamaki, kolorowe, piękne hamaki. Wisiały obok okna na tarasie, z którego widok był cudowny, spokojny i głęboki.
No i wracam tam w myślach, oj wracam.

http://www.youtube.com/watch?v=AnZ-jLCgXns

Brak komentarzy: